|
W końcu…
Istnieje pewne słówko, małe i błahe, a jednak tak bogate w treść; spokojne, a jednak tak wzruszające; radosne, a jednak tak pełne nostalgii. Jest to słowo «w końcu». W ten sposób kończą się liczne modlitwy liturgiczne, recytowane w kościele: «I w końcu otrzymać zbawienie»... Spraw, aby nasza dusza w swojej ostatniej godzinie, została jakby porwana ze świata, na skrzydłach tego słowa, i przeniesiona tam, gdzie poznamy jego pełne znaczenie, jaki jest sam Bóg, który prowadząc nas swoją ręką przez świat wyciąga ją i otwiera swoje ramiona, aby przyjąć w nich duszę spragnioną. Za kilka godzin zgaśnie światło kolejnego roku. Strzały, wybuchy, hałasy, krzyki, śmiechy, różne rozrywki, przesada, nie pozwolą wielu osobom spać tej nocy, stanowiącej granicę z Nowym Rokiem. Przede wszystkim jednak nie pozwolą rozmyślać nad tym «słówkiem małym i błahym», które wielki filozof ubiegłego wieku duńczyk Sôren Kierkegaard, umieścił w sercu jednej ze swoich „Budujących mów” sugestywnego połączenia filozofi, duchowości i poezji. «Słówko» w końcu, zawiera z jednej strony termin «koniec», a więc powinno nas odsyłać do tego, co zachodzi, do znaczenia kresu, czasu, który upływa i znika. Z drugiej strony jednak, odnosi się także do «pewnego końca», do czego, czego się oczekuje jako celu do zdobycia. To właśnie w tym drugim znaczeniu, głęboko chrześcijańskim, rozumie je filozof. Piękny jest końcowy obraz: szliśmy latami – także tego roku i przyszłego –z naszą ręką w ręku Boga. «W końcu» puści On ją i weźmie nas w ramiona, aby zawsze być z Nim, w radości i pokoju: «i w końcu otrzymać zbawienie...».
Prawdziwych przyjaciół...
Prawdziwa przyjaźń jest w coraz większej cenie, lecz nie tam – tak sądzę - gdzie w grę wchodzą pieniądze. Max długo pracował na swój sukces, a więc i na rosnące w bankach konta. Bogacąc się, zauważył, że ma coraz więcej wrogów, ale i przyjaciół. Tak sądził, że przyjaciół, ale zawiódł się na wielu z nich, kiedy przeżył poważny zawał serca i prawie nie miał szans na dalsze prowadzenie tej świetnie prosperującej firmy. Jedni zaledwie obiecali, że będą w kontakcie, a już nie byli. Inni usiłowali coś urwać dla siebie przy wyprzedaży sprzętu i lokali. Przyjaźnie jakoś zbladły i ochłódły. Jednak Max wbrew prognozom stanął na nogi razem z firmą. Trzeba było podjąć nawet bardzo korzystne wyzwanie. Jednak on miał teraz większy dystans do ludzi. Wezwał więc najbliższych współpracowników i powiedział, że czas choroby trochę zmienił jego podejście do paru spraw, jak i do samego siebie. Dlatego poprosił ich, aby każdy powiedział, co naprawdę o nim myśli. W zamian za to obdaruje każdego klejnotem z kolekcji, którą udało mu się korzystnie nabyć. To co usłyszał, można byłoby porównać z koncertem chóru na jego cześć. Wychwalali go razem i osobno, a milczał jedynie – polecony mu niedawno przez ojca – kuzyn Erazm, pracujący na jakimś niskim szczeblu.Kiedy Max zwrócił się do niego z prośbą i z klejnotem w dłoni, ten odpowiedział, że kupiona prawda nie jest prawdą. Wtedy Max rzekł, że chciałby usłyszeć prawdę całkiem darmo. Erazm odrzekł: „Ma pan sporo wad, które wszyscy widzą, ale nikt o nich panu nie mówi. Każdy ma wady, ale te pańskie mogą wpłynąć na losy wielu ludzi, na ceny, na podatki, na losy przyjętych i zwolnionych, na ich rodziny, a nawet na stosunki międzynarodowe. A teraz jeszcze ta rozrzutność z tymi klejnotami i bankietem, który zaraz się odbędzie. Czy pan się z tym liczy? Myślę, że jedno ostrzeżenie od Boga miał pan niedawno... Ja na pana miejscu patrzyłbym na wszystko poważniej i uważniej." Max stał milczący. Potem kazał rozdać klejnoty współpracownikom i kątem oka ujrzał, że Erazm wyszedł z sali. Jeszcze tego wieczoru kilku obdarowanych przyszło donieść mu, że musi on zaskarżyć tego, kto mu sprzedał klejnoty, bo chyba wszystkie są fałszywe. – „Tak – jak wasze prawdy o mnie dziś wypowiedziane." – odpowiedział. Potem zadzwonił do Erazma z prośbą, czy nie objąłby funkcji wiceprezesa, pod warunkiem, że będzie mówił mu prawdę, choćby najbardziej przykrą. Firma prosperowała dalej dobrze i przyniosła milionowe zyski. Jednak potem był drugi zawał, a trzeci przeprowadził Maxa na tamten świat. Ledwie ogłoszono jego zgon, wszędzie zadawano pytanie, kto odziedziczy te miliony, bo Max nie miał rodziny. Już na drugi dzień notariusz ogłosił odczytanie testamentu Maxa, jeszcze przed pogrzebem. Zgromadziły się setki pracowników, kolegów, przyjaciół Maxa i wszyscy chyba byli zawiedzeni, gdy usłyszeli dość chłodne podziękowanie, polecenie wypłacenia premii i prośbę, aby ci, którzy naprawdę darzyli jakimś uczuciem Maxa, przyszli na jego pogrzeb, który odbędzie nazajutrz... o czwartej rano. Na ten pogrzeb przybył tylko Erazm i czterech przyjaciół Maksa. Może to była wina jesiennej aury, że tylko oni? A po zamknięciu grobu, podszedł tam notariusz, by odczytać drugi testament Maxa z prośbą o równy podział dużego spadku pomiędzy tych, co na ten pogrzeb przyjdą. Tak jeszcze raz sprawdził swych przyjaciół. Mało jest odważnych, by powiedzieć prawdę tym, od których wiele zależy, ale jeszcze mniej jest odważnych wśród tych drugich, by taką prawdę chcieć przyjąć. Stąd mamy coraz więcej klakierów, kumpli, partnerów, ale przyjaciół coraz mniej.
Światło, które mieszka
w tobie...
Nie chcę przez to powiedzieć, że cierpię niedostatek, gdyż nauczyłem się zadowalać tym, co mam. Umiem żyć biednie i obfitować. Potrafię dostosować się do każdej sytuacji: jeść do syta, i głodować, i żyć bogato, i żyć ubogo. (Flp 4, 11-12) W miejscowości Barrow na Alasce poranek nabiera całkiem nowego znaczenia. 330 kilometrów za kołem polarnym i prawie tak samo daleko od Bieguna Północnego Barrow to prawdziwa kraina „Słońca o północy”. Przez 83 dni w roku od 11 maja do 1 sierpnia słońce w ogóle nie zachodzi za horyzont. Ale istnieje również „ciemna” strona życia w takiej szerokości geograficznej. Każdego roku, 18 listopada, mieszkańcy oglądając zachód słońca żegnają je na ponad dwa miesiące. Chociaż nie są to „egipskie ciemności”, to jednak zima w Barrow może być nazwana okresem mroku. Temperatura spada tak nisko, że zamarza nawet olej napędowy. Kluczyki łamią się w zamarzniętych zamkach jak zapałki. Mroźne wiatry wiejące z dużą siłą potrafią spowodować odmrożenia w ciągu 30 sekund. Nieustające ciemności, zimno i wiatr mogą się wydawać bardzo uciążliwe dla tych, dla których codzienna dawka promieni słonecznych jest czymś zwyczajnym. Mieszkańcy przyznają, że marzenia o Hawajach są wśród nich dość powszechnym zjawiskiem. A jednak mało kto chce stamtąd wyjechać na stałe. „Wielu tutejszych ludzi naprawdę bardzo lubi zimę, dzięki której mogą cieszyć się ciszą i spokojem - twierdzi Jim Vorderstrasse, burmistrz Barrow. - Wielu z nich rozmyśla nad swoim podejściem do życia. Można siedzieć z założonymi rękoma i nosem na kwintę albo wstać rano i uznać, że mam coś ważnego do zrobienia”. Okresy ciemności mogą spotkać każdego człowieka. A to, w jaki sposób je przeżywamy, zależy od naszego podejścia do życia. Możemy się zamknąć w sobie i tęsknić do lepszego świata albo oprzeć się na Bożym świetle i odnaleźć nadzieję oraz spokój. Wybór zawsze należy do nas.
( Zasłyszane...)
Podziel się swoją refleksją...
Echo...
|