|
Otwarte drzwi łaski...
Ciepłego, letniego popołudnia drzwi naszej kaplicy były szeroko otwarte, aby wpuścić do chłodnego wnętrza trochę ciepłych promieni słonecznych. Nagle przez otwarte drzwi wleciał maleńki ptaszek. Latał wystraszony tam i z powrotem pod samym sufitem, daremnie szukając drogi ku słońcu. Widząc światło wpadające przez kolorowe witraże, podlatywał do jednego, to do następnego i znowu w stronę sufitu. Trwało to kilka minut i ptaszek szybko tracił siły w szalonej panice. Patrzyłam na ptaszka z coraz większą troską i zdenerwowaniem-myśląc: ''Dziwne. Czemu nie ucieka tą są drogą którą tu wleciał!'' W pewnym momencie ptaszek niemal upadł na dywan, ale pod wpływem jakiej kolwiek nowej siły rzucił się jeszcze raz w kierunku góry witraża. Widział swoją ostatnią nadzieję w padającym promyku światła. Nagle ujrzał otwarte drzwi i bez wahania wyfrunął w stronę słońca, ćwierkając głośno i radośnie. Ptaszek pobudził mnie do myślenia. Zdałam sobie sprawę, że czasami jestem do niego podobna. Rzucam sie w różne strony... aby ''coś'' osiągnąć, a nie dostrzegam przy tym, że drzwi łaski stoją przede mną otworem cały czas. Zrozumiałam, że aby uniknąć wszelkiego błądzenia, latania w różnych kierunkach trzeba jedynie przestać machać skrzydłami i stanąć nieruchomo w Bożej obecności. Dopiero wtedy można dostrzec drzwi łaski, które Bóg przygotował. Pozwól, aby twój duch uleciał w miejsce wysokie i siadł obok Pana. On ci, pokaże jak znaleźć drogę ucieczki od twoich obecnych problemów.
Mniej niż więcej...
Myślę, że w tym starym przysłowiu o kimś, kto Panu Bogu pali świeczkę, a diabłu ogarek, dzisiaj może trzeba byłoby tę świeczkę i ogarek zamienić miejscami, pamiętając, że ogarek to resztka świeczki. A tu może oznaczać to, czego Panu Bogu się nie daje, czego Mu się skąpi, samemu na tym wiele tracąc. Pewna stara legenda opowiada o dwóch łotrzykach, którzy nie jedną zbrodnię, gwałt i rabunek mieli na sumieniu. Trafili oni kiedyś na wędrownego mnicha, którego nie mieli z czego okraść, ale który oświecił ich nagłym pojęciem, kim są i co robią, targnął ich sercami aż do łez i obdarował miłosiernym rozgrzeszeniem. Pojmując ogromny ciężar swoich win, sami zapragnęli jakiejś pokuty, wynagrodzenia, a przynajmniej pamięci o tym, co zrobili, aby już więcej do tego nie powrócić. Wtedy ów mnich rzekł, że jeśli sami tego chcą, to niech sporządzą sobie drewniane krzyże i powędrują z nimi do Ziemi Świętej. Zrobili tak z wielką ochotą, bo czymże był ciężar takich krzyży wobec zdjętego z nich ciężaru zbrodni. Przez pierwsze dni wędrowali lekko i ze śpiewem z głębi wyzwolonej duszy. Jednak każdego kolejnego dnia pokutnej wędrówki, coraz mniej pamiętali swoje winy, a coraz bardziej uciążliwe zdały im się te krzyże.Przedtem palił ich wstyd na wspomnienie swojego łotrowskiego życia, a teraz zaczynali się wstydzić niesionych krzyży wobec pytań i drwin napotykanych ludzi. Już nie śpiewali i modlili się coraz krócej. Krzyże wpijały im się w ramiona, ocierały skórę, przytłaczały do ziemi, choć niedawno zdawały się nic prawie nie ważyć. Kiedy zobaczyli po drodze jakiś warsztat stolarza, jeden wpadł na pomysł, by poprosić o skrócenie zbyt długiego ramienia krzyża. A drugi poprosił, by stolarz przepiłował jego krzyż wzdłuż i przez to ujął mu połowy ciężaru. Stolarz tak zrobił. Ruszyli dalej, pocieszając się, że nadal są to ich krzyże – choć jeden krótszy, a drugi lżejszy – i że pokuta jest taka, jaka była. Szli dalej, choć droga dłużyła im się coraz bardziej, zwłaszcza przez pustkowie, które teraz napotkali. Począł im dokuczać głód i pragnienie, a tego przecież w pokucie nie obiecywali. Zaczęli się zastanawiać, czy nie porzucić krzyży, bo już kolejny dzień szli głodni i tracili siły. Jednak po kilku godzinach ujrzeli z daleka miasto z bujnymi ogrodami. Uradowali się, że to chyba już koniec ich wędrówki i pokuty. Poprawili krzyże na ramionach i ruszyli szybciej, prawie biegiem. Zatrzymała ich nagle stroma krawędź głębokiego choć dość wąskiego kanału, na dnie którego widać było krokodyle. Pływać zresztą też nie umieli. Wtedy zaświtała im myśl, że z tych krzyży można byłoby zrobić kładkę i przejść na zbawienną drugą stronę. Jednak jeden krzyż okazał się za krótki, a drugi za cienki... Nie lubi się teraz słów: grzech, pokora i pokuta, bo Boże Miłosierdzie jest ponoć ponad takie relikty z przeszłości. Na modlitwę poświęca się coraz mniej czasu, choć ma się go coraz więcej na rozrywkę, na jedzenie, na coraz bardziej wyszukane przyjemności. Na jakiekolwiek uciążliwości, dolegliwości czy bóle ma się teraz środki uśmierzające. Rozmowy na tematy duchowe prawie nie istnieją. Liturgia i kazania mają być jak najkrótsze. Książki duchowe – no, kto by się tym „katował". Dlaczego potem takie zdziwienie, że nie można sobie dać rady ze słabościami, upadkami, nałogami, depresją? Dlaczego tak trudno potem o siłę woli i nadziei? Skąd taka bezradność wobec przejawów mrocznych sił? Nie mówiąc tu nic już o krzyżach i pokucie, trzeba powiedzieć, że coś tu za krótkie i coś tu za lekkie... a przynajmniej zlekceważone.
Łagodne kręgi.
Boże, mój Boże, szukam Ciebie od świtu. (Ps 63, 2) Wczesnym rankiem jezioro jest zazwyczaj spokojne; nie ma żadnych zwierząt, ludzi, żadnego hałasu, łodzi ani samochodów. Panuje zupełna cisza. To najlepsza pora na puszczanie kaczek. Wybiera się niewielki, płaski kamyczek i rzuca pod właściwym kątem. W ten sposób kamień może kilka razy podskoczyć zostawiając tyle kręgów, ile razy dotknie powierzchnię wody. Kręgi z początku są małe i tworzą wyraźne koła, potem jednak rozpływają się, aż w końcu zupełnie znikają. Jeśli kilka osób naraz puszcza takie kaczki, to kręgi krzyżują się i zlewają w jedno, tworząc na jeziorze mini fale. Ich rozmiar może być dość imponujący. Dla większości z nas poranki wypełnione są, tak wielką, ilością obowiazków, które pochłaniają, naszą uwagę, że trudno nam jest poświęcić czas na spotkanie sam na sam z Bogiem. Jednakże Pan Jezus dał nam wspaniały przykład, kiedy sam wstawał o świcie, aby rozmawiać ze swoim Ojcem. Jeśli nie udaje nam się wygospodarować czasu na modlitwy rano, to zazwyczaj nie znajdujemy go przez resztę dnia. Kończy się to tym, że kładziemy się spać z poczuciem winy i skruchy. Myślimy sobie, że może jutro będzie lepiej. Ale to lepsze jutro przeważnie nigdy nie nadchodzi. Jeśli poświęcamy czas na poranne spotkanie z Bogiem, coraz lepiej Go poznajemy i upodabniamy się do Niego. Nasza poranna modlitwa będzie miała wpływ na te osoby, z którymi się spotkamy na podobieństwo kręgów na jeziorze. Kiedy owe kręgi złączą się z kręgami innych osób prowadzących życie modlitwy, stworzymy razem mini fale miłości i radości. Wszystko zaczyna się od cichych, łagodnych kręgów modlitwy.
( Zasłyszane...)
Podziel się swoją refleksją...
Echo...
|