Odpoczynek w Panu.
Kto przebywa w pieczy Najwyższego i mieszka w cieniu Wszechmocnego… (Ps 91, 1) Istnieje opowieść o angielskim parowcu, który zatonął wiele lat temu, rozbijając się o podwodne skały. Dwanaście kobiet ukryło się w łodzi ratunkowej i zostało wyrzuconych nocą za burtę na wzburzone wody. Fale w jednej chwili podniosły je z dala od wraku statku. Ponieważ kobiety nie miały żadnych wioseł, zdane były na łaskę i niełaskę wiatru oraz fal. Spędziły przerażającą noc, porzucone przez szalejącą na morzu burzę. Prawdopodobnie straciłyby wszelką nadzieję, gdyby nie duchowa determinacja jednej z pań, członkini chóru parafialnego. Kobieta modliła sie głośno ze spokojem o bożą obronę. Potem namawiając współtowarzyszki, by zaufały Bogu, podnosiła je na duchu, śpiewając im pieśni niosące pociechę. Przez wiele mrocznych godzin jej głos niósł się po wodzie. Wczesnym rankiem następnego dnia mała jednostka wypłynęła w morze w poszukiwaniu rozbitków. Człowiek przy sterze nie zauważyłby kobiet z powodu mgły, gdyby nie usłyszał, jak jakaś niewiasta śpiewa pieśń pt. „Spocznij w Bogu, cierpliwie czekaj na Niego!” Kierując statek w kierunku skąd dochodził jej donośny głos, wkrótce natknął się na dryfującą łódź ratunkową. Wielu ludzi zginęło tamtej nocy, lecz ta gromadka ufających kobiet została ocalona, Czy przeżywałeś kiedykolwiek długą, bezsenną noc, kiedy wszystkie zmagania i „burze” minionego dnai nie chciały Cię opuścić? Czy nie potrafiłeś zasnąć z powodu zmartwień o to, co może przynieść dzień jutrzejszy? Być może czułeś się rzucony na fale oceanu odpowiedzialności, bez widoku na łódź ratunkową. Zamiast leżeć pogrążony w smutku, frustracji, lęku czy złości, spróbuj zanucić w myślach pieśń pełną wiary – góśno, bądź po cichu. Gdy zwrócisz swą uwagę na prawdziwego Ratownika, prawdopodobnie poczujesz sie utulony w Jego ramionach, uniesiony ku słodnkim snom.
Iskra artysty.
Kiedy wynosi się pod niebo profesjonalizm w sztuce, to ginie gdzieś niepostrzeżenie artyzm i dlatego chyba jest coraz mniej prawdziwie pięknych dzieł. Nie ma bowiem arcydzieła bez iskry Bożej, a tej – nie ma bez pokory. Tę katedrę budowano już od prawie dwustu lat i teraz była szansa na ukończenie jej, bo pojawili się jacyś bogaci fundatorzy. Pojawili się więc też mistrzowie różnych profesji, starannie dobierani i sprawdzani. Jako ostatnie robiono witraże, a zaprojektowanie i wykonanie rozety nad organami powierzono sławnemu specjaliście, który z kolei dobrał sobie kilkudziesięciu bez mała równych sobie. Finis koronat opus (koniec wieńczy dzieło) - powtarzano, bo rozeta miała być jakby pieczęcią na całej budowli. Mistrz żądał teraz najlepszych szkieł, które trzeba było sprowadzić nawet zza morza. Dyskutowano w zawiłym języku o niuansach barw, krystaliczności, współgrania ze światłem. Biskup i fundatorzy słuchali mistrzów prawie nabożnie i nie szczędzili pieniędzy. Na mającej się ku końcowi budowie pojawił też się jakiś garbus, przybłęda, który najął się do sprzątania i czasem pilnie przypatrywał się witrażystom, a potem znikał w budzie, gdzie stały niepotrzebne już narzędzia i resztki materiałów, które on zbierał z placu. Kilka razy chciał się wtrącić do uczonych dysput na temat witraży, ale przepędzano go. Znikał więc i tylko czasem zastawano go, jak klęczał przed którymś z witraży z oczami na poły zachwyconymi, na poły nieobecnymi. Całe miasto oczekiwało na ukończenie rozety, by wreszcie mogło nastąpić poświęcenie katedry i huczne świętowanie. A mistrzowie wciąż przebierali w najbardziej wyszukanych szkłach, spoinach i słowach na poły magicznych. Przepędzany stamtąd przybłęda chował się w swojej budzie i śpiewał. W końcu zaczęto montować rozetę. Wszyscy oczekiwali wręcz cudu, choć wyłaniające się części rozety nie były piękniejsze od innych witraży. Kończono już ją, rozbierano rusztowania, bo nazajutrz miało nastąpić odsłonięcie. Jednak w nocy zerwał się taki wicher, że wypchnął jedną z części rozety, która runęła na dół roztrzaskując się w drobny mak. Wściekli mistrzowie zapowiedzieli prace, które miały trwać jeszcze miesiąc, ale król był już w drodze. Co więc miano zrobić? W ponurej ciszy, jak zgrzyt czy wyzwanie zabrzmiał śpiew z budy. Posłano tam kogoś, by uciszył garbusa. Sługa wrócił i zaczął szeptać coś gorączkowo biskupowi, który szybko ruszył do budy. Ujrzał tam rozłożoną, ale kompletnie ukończoną rozetę, którą czyścił ów przybłęda, wciąż coś nucąc. Biskup zbliżył się i zapytał go o coś cicho, a ten skinął głową rozpromieniony. Wtedy biskup powiedział, by brakującą część rozety wstawić z tej, którą wykonał tu ten człowiek. Mistrzowie zaprotestowali, ale biskup był stanowczy. Montowano cały dzień i noc. Rano wstał bardzo pogodny dzień i kiedy słońce zaświeciło w witrażach i w owej rozecie, ta nowa jej część zagrała taką harmonią barw, że wszyscy patrzący z mistrzami na czele oniemieli. – „Skąd wziąłeś takie szkła? – zapytał biskup – Nigdzie jeszcze takich barw i krystaliczności nie widziano." Przybłęda uśmiechnął się, zatoczył ręką wskazując na plac i rzekł: „Ano, zbierałem wszystkie wyrzucone na plac kawałki, bawiłem się nimi z dzieciakami, a potem układałem, ot i wszystko." Biskup polecił wymienić już całą rozetę. – Finis koronat opus! – ogłosił. Ale próżno potem szukano przybłędy, by przedstawić go królowi. Ponoć widziano go, beztrosko śpiewającego i idącego w nieznane. „Kamień, który odrzucili budujący, stał się kamieniem węgielnym" – powiedział sprawca iskry Bożej w artystach. A tak przy okazji, to kto teraz śpiewa przy pracy?
W Jego oczach...
Oczy Pana zwrócone są ku sprawiedliwym. (Ps 34, 16) Sandra Palmer Carr opisuje wzruszający moment, który przeżyła wraz z jednym ze swych synów. Kiedy Krzyś skończył cztery lata, miała zwyczaj huśtać go w drewnianym bujanym fotelu. Tym razem jednak siedział przed nią w rozkroku, z nogami ugiętymi w kolanach. Nagle wyprostował się, wyciągnął głowę i spojrzał jej prosto w oczy. Znieruchomiał, a Sandra przestała go bujać. Wziął jej twarz w swoje małe rączki i wyszeptał: „Mamusiu, ja jestem w twoich oczach.” Przez długi czas trwali tak, patrząc sobie w oczy. Kołysanie ustało, pokój wypełniła cisza. Wówczas Sandra wyszeptała: „A ja jestem w twoich.” Chłopiec z zadowoleniem oparł głowę na ramieniu matki i oboje powrucili do bujania. W następnych dniach Krzyś często sprawdzał, czy jego odkrycie jest wciąż aktualne. „Czy nadal jestem w twoich oczach, mamusiu?” - pytał, wspinając się na paluszki. Ona podnosiła go i przytulała, by mógł zajrzeć jej w oczy i samemu sprawdzić - wciąż tam był! W jaki sposób możemy nabrać pewności, że zawsze jesteśmy w Bożych oczach? Pismo Święte zawiera wiele wersetów wskazujących na to, że On nieustannie o nas pamięta, towarzyszy nam i robi wszystko, co tylko możliwe, aby udzielić nam swego błogosławieństwa. Oczywiście śmierć Pana Jezusa i Jego zmartwychwstanie nieustannie przypominają nam, jak bardzo jesteśmy dla Boga drodzy i cenni. Najlepszym czasem, by zatrzymać się i popatrzeć Panu Bogu w oczy jest wieczór, pora tuż przed pójściem spać. Twój Ojciec Niebieski pragnie ukłysać Cię do snu swoją miłością, pozwolić Ci od czasu do czasu zatrzymać się, przypomnieć sobie jakiś biblijny werset mówiący o tym, jak wiele dla Niego znaczysz. Nie powinieneś nigdy wątpić w to, że jesteś oczkiem w głowie, któremu Bóg zapewnia swą czułą opiekę i uwagę. Twoje serce może być zawsze wdzięczne i pełne zaufania, bo wiesz, że nieustannie jesteś w Jego oczach.
( Zasłyszane...)
Podziel się swoją refleksją...
Echo...
|